Paw królowej

Książkę Masłowskiej miałem przeczytać, gdy tylko trafiła na półki księgarń, ale im dłużej ociągałem się z jej zakupem, tym więcej negatywnych opinii na temat Pawia królowej do mnie spływało. Zniechęcony, odpuściłem temat i nawet nie przekonała mnie nagroda Nike, która tej pozycji została przyznana.

Dobry początek

Skoro po tylu latach dałem książce szansę, starałem się do niej podejść uczciwie i bez uprzedzeń. Dość szybko złapałem hip-hopowy rytm i oddałem się lekturze.

Nie powiem, z początku ta niecodzienna proza mnie bawiła. Część karkołomnych konstrukcji zdaniowych oraz wiele zaskakujących epitetów powodowały mój uśmiech. Nie!, nie będę narzekał na wulgaryzmy, bo mi to w książkach nie przeszkadza, a w tym przypadku uznaję wręcz za wymóg konwencji, jaką przyjęła Dorota Masłowska. Na serio, to był dobry start.

Idziemy w las

Tylko tak właściwie, o czym jest ta książka? Fabuły tu tyle, co kot napłakał. Całość dałoby się streścić w 5 zdaniach. Jest jakaś obserwacja stolicy, krytyka show-biznesu, opis przeróżnych patologii, ale żeby to było odkrywcze? Niekoniecznie. No to może treść ma stanowić próba obrony swojego pisarstwa poprzez swoistą autokrytykę? Sprytny zabieg, ale mnie nie przekonał.

Szczerze mówiąc, Paw królowej szybko zaczął nudzić. Były jeszcze fragmenty ciekawe, ale zbyt rzadkie, by dla mnie książka mogła się obronić.

Hip-hop non stop

Jeśli coś w tej książce się udało, to jest to hip-hopowa konwencja. To było coś odkrywczego i w moim odczuciu dobrze zrealizowanego przez autorkę. Reszta mnie, jako zwykłego czytelnika, nie przekonuje. Trochę to taka książka, gdzie forma góruje nad treścią, ale niestety ta forma bardzo szybko ulega wyczerpaniu.

Dodaj komentarz