Wyprawa samochodem z Polski do Czarnogóry

Wyprawa samochodem z Polski do Czarnogóry

To niewielkie, ale urocze państewko przemierzałem w wakacje 2010 roku. Naszym, bo podróżowałem z koleżanką Alą, środkiem lokomocji był samochód. Stąd na większą niewygodę nie mogliśmy narzekać, wszakże wszystko co najważniejsze mieliśmy pod ręką.

Wyjazd samochodem z Polski

Z domu wyjechaliśmy w niedzielę 18 lipca o południu. Mieliśmy przejechać jakieś 1450 kilometrów. Droga, którą wytyczyłem omijała odcinki, za które musielibyśmy płacić bezpośrednio lub w formie winietek. Trasa biegła przez: Kościan (PL), Wrocław (PL), Cieszyn (PL), Triniec (CZ), Żylinę (SK), Banską Bystrzycę (SK), Budapeszt (H), Szekszard (H), Mohacz (H), Osijek (HR), Doboj (BIH) i Sarajewo (BIH). Jak się później okazało, opłatę jedną musieliśmy uiścić, a było to na autostradowej bramce przed Sarajewem (zapłaciliśmy 1€). Do samej Czarnogóry wjechaliśmy w poniedziałek popołudniu i pewnie bylibyśmy wcześniej, ale zdrowy rozsądek nakazał nam kilkugodzinny nocleg na Węgrzech.

Góry i rzeka Piva

Granicę przekroczyliśmy w Scepan Polje i na „dzień dobry” naszym oczom ukazał się przepiękny kanion rzeki Pivy. O jego głębokości mogliśmy się przekonać przejeżdżając przez most i potężną tamę – w obu przypadkach wrażenie było piorunujące i w pełni rekompensowało trudy jazdy. Ruszyliśmy dalej asfaltową wstęgą, która co rusz wprowadzała nas w tunele krótsze i dłuższe. Z czasem przyzwyczailiśmy się do tego slalomu, który jest nieodłącznym elementem dróg Czarnogóry. Zmęczeni podróżą, wykorzystaliśmy ławkę nad jeziorem Piva i ugotowaliśmy obiad.

Powoli następował wieczór, a my dojeżdżaliśmy do Niksica, szukając miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Skalistość tej krainy zmusiła nas ostatecznie do noclegu w samochodzie, zarazem zniechęcając do Niksica zupełnie.

W stronę Adriatyku

Nazajutrz, za cel obraliśmy Budvę, którą przewodnik określał jako kurort belgradzkiej złotej młodzieży. Po drodze zajechaliśmy do stolicy Czarnogóry – Podgoricy, jak również do Rijeki nad Jeziorem Szkoderskim. Rijeka okazała się uroczą wioską, gdzie pierwszy raz poczułem, że jesteśmy nad Morzem Śródziemnym. Domy zanurzone w wodzie lub osadzone na zboczu gór, budowane jasnym piaskowcem i porośnięte winoroślą zapierały dech w piersiach. W tej właśnie małej wiosce, liczącej zapewne mniej niż 200 osób, spotkaliśmy młodych Polaków, którzy podobnie jak my objeżdżali Czarnogórę wzdłuż i wszerz.

Po małym śniadaniu, skierowaliśmy się do Budvy na spotkanie z Adriatykiem. Kiedy cel został osiągnięty, od razu wybraliśmy się na plażę. Była ona kamienista, ale nie narzekałem, bo moim oczom ukazał się cudowny, turkusowy Adriatyk. W słonej wodzie pływało się wyśmienicie, choć słońce świeciło nieubłaganie. Niestety samopoczucie moje pogarszało się z każdym kwadransem, gdyż najzwyczajniej w świecie przeziębiłem się za sprawą samochodowej klimatyzacji. Po opuszczeniu plaży odnaleźliśmy kemping i rozbiliśmy namiot. Powróciliśmy jeszcze wieczorem na plażę, gdzie w klimatycznej knajpce wypiliśmy piwko i powoli powoli kończyliśmy dzień.

W starych grodach

Następny dzień miał na celu wypełnienie treścią słowa „zwiedzamy”. Nie było to proste, bo żar lał się z nieba, a moja choroba nie odpuszczała. Pierwszy punktem wycieczki był stary gród w Budvie. Zapewne grube mury zrobiłyby jeszcze większe wrażenie, gdyby przy nich nie stały stoliki restauracji i knajp, odbierające grodowi pewną monumentalność. Ale już wewnątrz murów mogliśmy zobaczyć uroczy mały labirynt wąskich uliczek i kamienic. Wydawało się być na wskroś śródziemnomorsko. Zarówno katedrę św. Jana, jak i cerkiew Trójcy Świętej obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, bo były zamknięte na cztery spusty. Szkoda!

Dalsza droga zaprowadziła nas do Kotoru. Podobnie jak w Budvie, tutaj też skupiliśmy się na starym grodzie. O ile ten pierwszy był położony na płaskim terenie, o tyle kotorski wgryzał się w zbocze góry. Jego koroną jest twierdza św. Jana, lecz wspinaczkę do niej odpuściliśmy sobie – z perspektywy czasu żałuję bardzo. A do samego grodu weszliśmy Bramą Morską, dlatego już na samym początku naszym oczom ukazał się Gradski Toranj – wieża zegarowa zbudowana przez Wenecjan w 1602 roku. Dalsze lawirowanie uliczkami grodu, pozwoliło nam zobaczyć kościoły oraz pałace namiestnika, rady miejskiej i Drago. Całość wydawała się bardziej przestrzenna od grodu w Budvie. Może przez to, jak i przez bliskość zbocza górskiego, podobała mi się bardziej. Kompleks opuściliśmy Bramą Południową, co pozwoliło nam przejść obok uderzającego specyficznym rybim odorem targu.

Czas naglił, toteż udaliśmy się do Perastu, wioski, w której czas płynie w odwrotnym kierunku. I rzeczywiście to małe miasteczko uderzyło spokojem. To już nie była oblężona przez turystów Budva czy Kotor. Jedna ulica ciągnąca się nad samym morzem z malutką plażą, garstką ludzi kąpiących się lub leżakujących w słońcu. I znów nam się udało spotkać Polaków i to tych samych, z którymi rozmawialiśmy w Rijece. Oni swoją podróż kończyli, a my byliśmy gdzieś w środku. Po opuszczeniu Perast wróciliśmy na kemping do Budvy, zażyliśmy ostatniej kąpieli w Adriatyku i wypiliśmy nieostatnie czarnogórskie piwo.

Cetinje i Park Narodowy Lovcen

Rano odmeldowaliśmy się z kempingu i pożegnaliśmy po raz pierwszy Adriatyk. Swoje kompasy nastawiliśmy na Cetinje, dawna stolicę Czarnogóry. Kiedy tam dotarliśmy, obejrzeliśmy kolejno: cerkiew Vlaska, pomnik Ivana Crnojevicia (założyciela miasta), muzeum cerkiewne, grób Daniły I i cerkiew na Cipurze. Szczególnie spodobała mi się malutka cerkiew Vlaska z bogato złoconym ikonostasem. Równie ładny okazał się malowniczy widok, jaki roztacza się na miasto ze wzgórza, na którym znajduje się grób Daniły I. Całkiem przypadkowo zobaczyliśmy też dawną ambasadę francuską, okoloną wysokim stalowym płotem. Nie tracąc czasu pojechaliśmy dalej, wprost do Parku Narodowego Lovcen. Niemal z marszu zdobyliśmy najwyższą dostępną górę masywu czyli Jezerski Vrh (1657 m. n.p.m.), na której szczycie znajduje się mało ciekawe w moim odczuciu mauzoleum Njegosa. Zjechaliśmy szybko do Ivanovej Kority, którą wybraliśmy na miejsce noclegowe. Tam ugotowaliśmy sobie obiad i tak posileni uderzyliśmy na Babiną Górę. Wejście na nią okazało się dość proste i lekkie. Z samego szczytu zobaczyliśmy zarys morskiej linii brzegowej i w ten oto sposób mogliśmy drugi raz pożegnać Adriatyk. Kiedy schodziliśmy w dół, spotkaliśmy parę belgijskich staruszków, których ciągle mijaliśmy na szlaku. Pytali nas między innymi o nasze odczucia związane ze smoleńska katastrofą, co było bardzo miłe z ich strony, choć dotyczyło tragicznego tematu. Powróciwszy do Ivanovej Kority, rozbiliśmy namiot na małej polance. Wyskoczyliśmy na szybkie piwko do pobliskiej restauracji, po czym zwyczajnie w świecie poszliśmy spać.

Do Żabljaka

Prosto z Parku Narodowego Lovcen pojechaliśmy do Parku Narodowego Durmitor. Pogoda dopisywała, było ciepło i słonecznie. W Podgoricy posililiśmy się poranną kawą. Przed Kolasinem zwiedziliśmy bogato zdobiony monaster Moraca. Dalsza droga wiodła nad przepięknym kanionem rzeki Tary i gdzieś przy miejscowości Djurdjevica rzeka pozwoliła zachwycić się pięcioprzęsłowym mostem podtrzymywanym na wysokości 168-172 metrów. Widok genialny i niezapomniany, udowodniający geniusz ludzkiej techniki. W ten oto sposób dotarliśmy do Żabljaka, miejsca wypadowego w górzysty Durmitor. Wcześniej postanowiliśmy, że tutaj wynajmiemy pokój. Przyszło nam to bez problemu, cena: 8€ za noc. Nie czekając na nic, udaliśmy się na krótką wycieczkę wokół jeziora Czarnego. Czysta woda zachęcała do kąpieli, a widok na otaczające góry podpowiadał, by któryś szczyt czym prędzej zdobyć. To jednak musiało poczekać do dnia następnego. Zmęczeni podróżą i spacerem nad jeziorem, wróciliśmy do Żabljaka, by zwiedzić miejscowość. Okazała się ona mała, wszystko działo się praktycznie przy placu głównym i nie było też specjalnie czego oglądać. Zatem tradycyjnie wybraliśmy knajpę i picie piwa.

Na szczyt Crveny Gredy

Temu dniu przyświecał jeden cel: zdobycie najwyższego punktu północnego Durmitoru – Crveny Gredy (2164 m n.p.m.). Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy nad jezioro Czarne, gdzie zaczynał się interesujący nas szlak. Po pierwszych kilkuset metrach dowiedzieliśmy się, że czarnogórskie szlaki są słabo oznaczone i trzeba być bardzo czujnym, by jakiegoś punktu nie przeoczyć. Pierwsza i ostatnia pomyłka w ocenie szlaku, zaprowadziła nas nad malutkie jezioro Zminje, gdzie najspokojniej w świecie pasł się byk. Po powrocie na właściwą ścieżkę mieliśmy okazję przejść przez alpejskopodobne polany z domkami okolicznych górali. Drogą przez las zdobyliśmy górę Rażany Glavy (1862 m n.p.m.) i byliśmy niedaleko kolejnego jeziora – Jablan. Pięknie położone, u podnóża północnych szczytów Durmitoru, o bardzo intensywnym zielonym kolorze, zachęcił nas do półgodzinnego odpoczynku. Ale czas naglił, a zwłaszcza chmury, które przybrały ciemne kolory. Spacer stał się trudniejszy, a zbocza bardziej strome. W końcu dotarliśmy do celu. Było już znacznie chłodniej, gdzieniegdzie leżał nawet śnieg. Zmęczenie zrekompensowała panorama – cudowna! Ciemne chmury nie pozwoliły nam na długi zachwyt, bo droga powrotna do Żabljaka czekała nas długa. Pół godziny po tym jak dotarliśmy do pokoju nadeszła burza. Zmęczeni udaliśmy się do pobliskiej restauracji Luna, gdzie zjedliśmy bardzo smaczną kolację.

Spokój, wielki spokój

Trzeci dzień w Durmitorze okazał się być zupełnie inny. Temperatura spadła z dwudziestu kilku do dziesięciu stopni. Dzień ten przeznaczyliśmy na odpoczynek, mając w głowach czekającą nas podróż nazajutrz. Odpuściliśmy sobie kolejny trekking po górach, na rzecz spaceru w okolicach jeziora Czarnego. Wolny czas wykorzystaliśmy na zakup kartek, wypisanie pozdrowień i nabycie tradycyjnego czarnogórskiego wina, które przeszmuglowaliśmy do Polski. Wieczorem znów odwiedziliśmy restaurację Luna, a leniwy i spokojny dzień dobiegał końca.

Powrót

W południe opuściliśmy Żabljak i powoli zaczęliśmy żegnać Czarnogórę. Chwytaliśmy ostatnie krajobrazy, wiedząc, że za parę godzin znajdziemy się na granicy z Bośnią i Hercegowiną. Znów byliśmy w Niksicu, znów podziwialiśmy kanion rzeki Pivy, by dojechać do granicy w Scepan Polje. Drogę powrotną obraliśmy tę samą, uznając, że jest sprawdzona i dobra. Do domu w Polsce ostatecznie docieramy o godzinie 14 następnego dnia. Tak skończyła się nasza mała wyprawa samochodowa do górzystej Czarnogóry. Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni z tego, co przeżyliśmy, zobaczyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się.

Dodaj komentarz