Spacer w chmurach

Spacer w chmurach

Wychodzę ze schroniska, a wciąż mam nad sobą sufit z mgieł i chmur. Rozglądam się za wróżkami, bo te jak zawsze robią to na dwoje: może z tego będzie deszcz, a może się rozjaśni. Dziś chętniej zapłaciłbym tej drugiej – nieuleczalny optymizm.

Chmury psują wzrok

Najpierw idę do Grzesia, który ostatnim razem nie był gościnny. Moja wada wzroku pogarsza się z każdym krokiem w górę, widzę na 10-20 metrów. Widoków wokół i na powodzenie drugiej wróżby brak. Całe szczęście Grześ pozwala wejść do siebie bez przeszkód. Rozsiadam się, patrzę na krzyż, by skopiować go dwoma cięciami w powietrzu z myślą o tych, których już nie ma.

W niebie

Rwę się do przodu. Za mną biało, przede mną biało. Telefon kłóci się z zasięgiem i tracę kontakt ze światem. Chyba jestem w niebie. Ale co to za niebo, których bram pilnuje kozica? Widząc ją oddycham z ulgą, nie jestem tu do końca sam.

Jakaś dobra osoba potrzebuje mnie wciąż na ziemi, bo kozica czmycha, zasięg wraca, a ja dochodzę do Wołowca. 2064 metry wysokości nie robią wrażenia w tym mleku. Wbrew pierwotnym myślom postanawiam iść dalej.

Halo Ziemia!

Odzyskuję wzrok, coraz częściej widzę doliny. Wiatr niedbale przechyla szalę na swoją stronę i chmury rozpoczynają ewakuację na bezpieczną wysokość. Wracam z nieba – koty mogą mi zazdrościć liczby żyć.

Stoki bywają coraz bardziej przepaściste. A co jeśli mam lęk wysokości? W kogo mam się wtulić, by mnie przeniósł przez ten fragment? Serce nie drży, strach… jaki strach?! Przechodzę Łopatę i widzę piękny łuk Niskiej Przełęczy.

Zawsze wierchami

Mozolnie wspinam się na otulony chmurami Jarząbczy Wierch. Na poczekaniu zmyślam powód tej szybkiej rewizyty nieba, co okazuje się niepotrzebne – tym razem kozica pilnuje innych wrót. 2137 metrów, wyżej dziś nie będę.

Schodzę. Oślepiony urodą zielonej Zadniej Raczkowej Doliny nie zauważam małej niepozornej chmurki. Z małej chmury, duży… grad. Kilka minut akupunktury przed Kończystym Wierchem biorę za uczciwą cenę za roztargnienie.

Koniec gierek! Za Czubikiem godzi nas słońce. Nasycam się nim, tak jak nasyca się zieleń na zboczach i w dolinach. Wchłaniam to, próbuję zatrzymać w pamięci na zawsze. Dobrze wiem, że to niemożliwe. I wiem, nie opowiem tego później ani dobrze, ani pięknie, ani błyskotliwie, będzie niedoskonale, niewystarczająco i banalnie.

Jak teraz.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz