Wyprawa autem na Nordkapp – część 2

Wyprawa autem na Nordkapp – część 2

Samochodem na Nordkapp podróżowałem w sierpniu 2009 roku. Była to wyprawa mocno spontaniczna, przez co miałem niewiele czasu, by się do niej przygotować. Nasza ekipa liczyła 4 osoby: Tymoteusza, Magdę, Gosię i mnie, z czego tylko 2 osoby były kierowcami. Jak nam wyszła ta podróż? Zapraszam do lektury 2. części dziennika podróży.

Drugi dzień w Parku Narodowym Oulanka

12 sierpnia (środa)
O poranku wyruszamy w dalszą drogę. Towarzyszą nam zapoznani poprzedniego wieczoru Finowie, którzy okazują się być bardzo rozmowni. Wspólny, 10-kilometrowy spacer kończy się w centrum turystycznym Oulanka. Mimo wielkiej ochoty, nie decydujemy się na obiad. Udaje nam się zebrać siły na kolejne 2 kilometry, by zobaczyć pobliski wodospad i jest to ostatnia rzecz jaką robimy w parku narodowym. Łącznie udało nam się przejść zaledwie 30 kilometrów – wynik mało imponujący, ale nie byliśmy wprawieni w trekking.

Z parku jedziemy w stronę Inari. Coraz bardziej normalnym widokiem są chodzące po drodze renifery, które niekoniecznie schodzą na pobocze. Psuje się pogoda, nie jest już tak ciepło i coraz częściej pada deszcz. Przed snem jemy makaron z pesto.

Inari

13 sierpnia (czwartek)


Rano dojechaliśmy do Inari, obok Rovanieni najważniejszego miasta w Laponii. Jesteśmy mocno zdeterminowani, by zjeść mięso renifera, dlatego po odwiedzeniu trzech barów, wybieramy jeden i zamawiamy danie. Otrzymujemy coś, co można nazwać klopsami z mięsa rogacza. To coś okazuje się całkiem smaczne i warte swej ceny.

Najedzeni zwiedzamy muzeum ludu Samich. Obiekt mnie zawodzi (nie wiem jak resztę ekipy), gdyż reklamowany jako nowoczesny, a praktyce nie jest ani trochę interaktywny. Słaby, bo nudny, jest też wyświetlany film o plemieniu.

Prosto z muzeum jedziemy zakosztować sauny. Szczęśliwie postawiono ją nad samym jeziorem, dlatego chłodzimy się w nim zamiast korzystać z prysznica. Sauna okazuje się strzałem w dziesiątkę, oczyszcza nas i pozytywnie nastraja na zbliżające się trudy. Teraz wszakże jedziemy już prosto na Nordkapp! Przed nami jakieś 400 kilometrów drogi, ale przed granicą z Norwegią pozwalamy sobie jeszcze na pizzę.

W Norwegii, no cóż, jest pięknie, zielono, fiordowo, zachwycająco. To w niej dowiaduję się, że zostałem wujkiem. Jedziemy jak najdalej na północ, by ostatecznie rozbić się jakieś 30 kilometrów przed Nordkappem i zasnąć z myślą, że jutro osiągniemy nasz cel. W nocy jest bardzo bardzo zimno.

Nordkapp!

14 sierpnia (piątek)


Pogoda nas nie rozpieszcza: jest chłodno, panuje mleczna mgła, a na dodatek mży. Jesteśmy blisko Nordkappu. Gdy wydaje nam się, że nic nas nie zatrzyma, pojawia się spore „ale” – za wjazd na Nordkapp trzeba zapłacić i to wcale nie mało. Polskie cwaniactwo każe nam wykorzystać wielką mgłę i zamiast za 4 osoby płacimy za 2. Tym sposobem docieramy do miejsca, oznaczonego wielkim stalowym globusem. Robimy fotki i cieszymy się, że udało nam się dojechać. Zwiedzamy kompleks, w którym oglądamy piękny film o najdalej wysuniętym na północ punkcie Europy. Wysyłamy widokówki z najbardziej „północnej” poczty Europy. Czujemy wielką satysfakcję. Ponieważ pogoda jest niesprzyjająca, chcąc nie chcąc ruszamy w drogę powrotną.

Naszym celem jest Rovanieni, ale po drodze staramy się zachłysnąć Norwegią, nawet jeśli musimy to robić z wnętrza samochodu. Jest po prostu urocza! Tutaj spotykamy jeszcze więcej reniferów niż wcześniej. Gdzieś po drodze, bodaj w Alcie, przygotowujemy sobie obiad. Nasza trasa kończy się o 4:00 rano, kierowcy muszą odpocząć.

U świętego Mikołaja

15 sierpnia (sobota)


Jesteśmy w Rovanieni. Spragnieni kąpieli, zażywamy jej na miejskim kąpielisku. Gosia, Magda i Tymon wizytują na jarmarku, a potem już wszyscy bez wyjątku jedziemy do wioski świętego Mikołaja. Leży ona dokładnie na kole podbiegunowym, ale nic szczególnego w sobie nie ma – jeden wielki sklep z pamiątkami i świąteczną muzyczką. Z ciekawości odwiedzamy Mikołaja i robimy sobie z nim zdjęcie (najmniejszy format kosztował jedyne 25 Euro – nie skusiliśmy się). Elfy Polskę kojarzą z Małyszem i Kubicą, co nawet nas nie dziwi. Z wioski kierujemy się w stronę Oulu. Plan zakłada wieczorne ognisko nad Bałtykiem.

Los nam sprzyja. Kiedy dojeżdżamy na zupełnie losowo wybraną przez nas plażę, okazuje się, że jest już tam rozpalony przez kogoś, publiczny grill. Pieczemy kiełbaski przy zachodzie słońca i raczymy się piwkiem. Kiełbaski nie są niestety tak smaczne jak polskie. Po posiłku, część ekipy zasypia w namiotach, część w samochodzie.

Już teraz przeczytaj część 3. dziennika z wyprawy.

fot. Tymoteusz L-k

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz