Dwie przełęcze, dwie góry

Dwie przełęcze, dwie góry

Na przedostatni dzień w Tatrach wybraliśmy sobie za cel Kondratową Halę. Założyliśmy, że po dotarciu na miejsce zastanowimy się, gdzie skierujemy się dalej. A chcieliśmy wejść wyżej, bo wreszcie doczekaliśmy się bezchmurnej i słonecznej pogody. To oznaczało, że czeka nas wiele pięknych górskich panoram.

Na dole wiosna

Wcześnie rano pojawiliśmy się w Kuźnicach, by niebieskimi znakami przejść na wiosenną Polanę Kalatówki. Zieleń mocno kontrastowała ze zaśnieżonymi szczytami wokół, tak jak resztka krokusów wybijała się z traw łąki.

Przy schronisku na Kondratowej Hali odsapnęliśmy i zawyrokowaliśmy, że uderzymy na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Z dołu zielony szlak wydawał się prawie nieoblegany i dobrze przetarty. Szybko doszliśmy do granicy zielonej łąki i białego puchu, od którego zaczęło się strome podejście. Wobec ciężkiego, mokrego śniegu zachowywaliśmy dzielną postawę, a i tak kilka razy przystawaliśmy odpocząć. Im byliśmy wyżej, tym piękniej prezentowała się zostawiona przez nas za plecami Kondratowa Dolina.

Na Kondracką Kopę

Na przełęczy z każdej strony atakowały nas piękne widoki. Chcieliśmy się z nimi zmierzyć w potyczce na wyższej wysokości. Nasze zwiadowcze dopytywania przekonały nas, by na miejsce bitwy wybrać Kondracką Kopę. O ile czerwony szlak na wierzchołek nie przynosił żadnych nowych trudności, o tyle na podejściu próbował nas zdziesiątkować szturmami wiatr. Gdy tylko pojawiliśmy się na szczycie szybko zaczęliśmy kontrofensywę ujarzmianiem panoram poprzez śmiałe przyglądanie się, fotografowanie i bojowe okrzyki zachwytu.

Krzyż na Giewoncie

Porywisty wiatr podpowiadał nam, by schować się na zboczu Kondrackiej Kopy. Ośnieżonym stokiem i żółtymi znakami zeszliśmy na Kondracką Przełęcz, gdzie po ocenie swoich sił, ruszyliśmy na Giewont. Góra klasyk, na której nie byłem, a Emilka na nią wracała po wielu latach przerwy.

Ruch na niebieskim szlaku był spory. Ponownie zderzyliśmy się z urokiem długiego majowego weekendu, mimo to dość sprawnie weszliśmy na wierzchołek. Piękne widoki rekompensowały wszystkie niedogodności wejścia i gdy tylko się na nie napatrzyliśmy, zeszliśmy poniżej łańcuchów, by inni mogli swobodnie dotrzeć pod krzyż.

Better call TOPR

Zejście z Kondrackiej Przełęczy do Kondratowej Doliny nie było przyjemne. Mokry i śliski śnieg nie gwarantował bezpieczeństwa, a schodzący tłumek chaotycznie pędził w dół. Nikt inny nie kwapił się, by podnieść śmieci zgubione przez innych, więc Emilka niosła ze sobą nadprogramowe 2 butelki wody.

Na domiar złego 5 minut od schroniska zauważyliśmy turystę siedzącego z grymasem bólu na kamieniu. Prawdopodobnie skręcił kostkę i ani on, ani jego żona, nie wiedzieli co dalej. Pomogliśmy im wezwać pomoc TOPRu, tłumacząc, że nie ma się co zastanawiać. Gdy wszystkie detale między poszkodowanym a ratownikiem dyżurnym zostały ustalone, ostrożnie i powoli ruszyliśmy do Kuźnic, by szczęśliwie zakończyć naszą długą wędrówkę.

Dodaj komentarz