Wyjście z doliny

Wyjście z doliny

Pieprzyć niemoc! Słabość dnia poprzedniego musiała być wypadkiem przy pracy. Z Gór Kamiennych chciałem wyjść z poczuciem, że zaliczyłem maksymalną ilość wzniesień. Gonił mnie rozkład pociągów, ale czasu i tak miałem sporo.

Na Stożek Wielki

Z Andrzejówki wyszedłem rano. Nie na tyle wcześnie, by podglądać budzącą się przyrodę – ta już dawno zadusiła dzwonek budzika. Na tyle rychło, by mrużyć oczy przed kapiącym się we wschodzie wszędobylskim śniegiem. Szedłem w dół, do Sokołowska.

Ze wsi żółtymi znakami skierowałem się na Stożek Wielki. Po drodze cieszyłem się ze świetnego przeglądu całej okolicy – wszystkie wzniesienia od wschodu, południa i zachodu miałem jak na tacy. Na górę wszedłem szybko i w dobrej formie, co napawało mnie optymizmem.

Ludzie i nieludzie

Strome zejście ze Stożka doprowadziło mnie do drogi krajowej 35. Znów byłem w dole, ale już ogarnąłem, że tutaj góry wyrastają osobno i łagodne siodła czy przełęczki między nimi to rzadkość. A więc znów w górę, tym razem na Lesistą Wielką.

Po drodze spotkałem pierwsze i jak miało się okazać ostatnie osoby tego dnia – wybrały się na spacer z psem. Odbite „dzień dobry!” na moment wyrwało mnie z rozmyślań o wszystkim i o niczym, o początku i o końcu, o pustce i o nadmiarze, o miłości i o obojętności, o ciszy i o „ale ku*** ciszy”.

Szczyt Lesistej okazał się delikatną kopułą, niczym specjalnym dla fotografa czy turysty żądnego widoków. Mi to rybka, górka mi się spodobała, mógłbym na niej przysiąść na dłużej, ale przycupnąłem tylko na czas konsumpcji kanapki i przewiązania butów.

Wolno, wolniej

Przed Stachoniem i Dzikowcem zwolniłem tempo, bo czas nie mógł mnie już zaskoczyć. Czułem się świetnie, byłem autentycznie zadowolony. Nie przeszkadzało mi nic. Nawet to, że wiatr i słońce wysuszał mnie jak rodzynkę. Nawet to, że usta pierzchły z minuty na minutę bardziej i bardziej. Nic nie mogło odebrać mi przyjemności z wędrówki, która zakończyła się wyczekiwaniem na pociąg w Boguszowie-Gorcach.

Dodaj komentarz