Wyprawa autem na Nordkapp – część 1

Wyprawa autem na Nordkapp – część 1

Autem na Nordkapp podróżowałem w sierpniu 2009 roku. Była to wyprawa mocno spontaniczna, przez co miałem niewiele czasu, by się do niej przygotować. Nasza ekipa liczyła 4 osoby: Tymoteusza, Magdę, Gosię i mnie, z czego tylko 2 osoby były kierowcami. Jak nam wyszła ta podróż? Zapraszam do dziennika podróży.

Do Helsinek

7-8 sierpnia (piątek-sobota)

Tuż przed wyjazdem pojawia się pierwszy problem – Magda nie może znaleźć prawa jazdy, przez co tracimy kierowcę, a zyskujemy pilotkę. Mniej zadowalającą konsekwencją zgubionego dokumentu jest małe obsunięcie czasowe i zamiast startować o 12:00, wyjeżdżamy po 14:00. Samochód jest zapakowany niemal do ostatniej wolnej przestrzeni: plecaki, torby, namioty, śpiwory, jedzenie i wszystko inne jedzie jednak z nami, co nas bardzo cieszy. Po załatwieniu ostatnich spraw w Poznaniu, rozpoczyna się długa jazda prosto do Helsinek.

Ale po kolei! Mniej więcej o 1:00 w nocy czyli już w sobotę, dojeżdżam do Suwałk, po czym za kółkiem siada Tymon. On wjeżdża w Litwę i dalej w Łotwę, po czym znów ja kończę Łotwę i przemierzam Estonię aż do Tallina. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy. Raz w celach turystycznych, by zanurzyć zmęczone nogi w Bałtyku, nad którym zbudowano drogę nazywaną „Via Balticą”. Innymi razy, by po prostu rozprostować kości lub zakupić w markecie piwo oraz kilka rzeczy, o których po prostu zapomnieliśmy. W Tallinie tankujemy samochód pod korek, bo paliwo tutaj jest o wiele tańsze niż w Finlandii. Rzut oka na Estonki pozwala stwierdzić, że są normalnymi kobietami – „kolana mają z przodu, a pięty z tyłu”. Szybko kupujemy bilety na prom (za samochód i 4 osoby zapłaciliśmy razem 160 Euro). Wypływamy o 17:40, więc w Helsinkach jesteśmy po 19, ale że trzeba cofnąć zegarki, to mamy godzinę 18 z minutami. Jak zatem łatwo obliczyć podróż z Poznania do Helsinek trwała około 27 godzin.

Nasza trasa

Trasa wyprawy autem na Nordkapp

W stolicy Finlandii zwiedzamy port, „to białe” (Katedrę) i „to brązowe” (Cerkiew), a także targ rybny, który był już niestety zamknięty. Jemy groszek (cena: 1 Euro za litr) niemal pod samym zegarem Stockmanna. Powoli zbliża się czas pierwszego noclegu, dlatego jedziemy w kierunku Porvoo. Uczymy się pierwszej rzeczy. Najpierw należy się wykąpać/umyć w jeziorze, a dopiero potem szukać miejsca na nocleg, ponieważ to drugie może się okazać bardzo czasochłonne. Dlaczego? Większość lasów/terenów wokół miast są prywatną własnością i ciężko znaleźć kawałek jakiejś publicznej gleby, na której można rozbić namioty. Oczywiście można udać się na pole kempingowe, ale to kosztuje. Ostatecznie śpimy na prywatnym terenie, którego właściciele byli bóg wie gdzie (jeszcze kilka razy będziemy praktykować tę metodę), a myjemy się (mam tu na myśli podstawową toaletę – zęby, twarz, ręce, pachy, krocze) w Bałtyku. Pierwszy raz dają nam popalić komary mimo użytych odstraszaczy.

Kolorowe miasteczko Porvoo, skocznia i kąpiel w jeziorze

9 sierpnia (niedziela)

W ten dzień wstajemy wcześnie rano, by zjeść śniadanie i wykąpać się w Bałtyku. Trafiamy na dość kamienistą plażę, ale i tak się cieszymy, bo praktycznie w każdym innym miejscu rosną wysokie trzciny, a tutaj ich nie ma. Czyści, pachnący i słoni zbieramy się do samochodu i jedziemy intensywnie zwiedzić kolorowe uliczki Porvoo. Jest to małe, ale ładne miasteczko, z dużą ilością łódek w przystani i tradycyjną, fińską zabudową. Nie zostajemy w nim długo, bo trzeba gonić do Lahti.

Tutaj niespodzianka! Pierwsze co robimy w mieście, to jemy w Hesburgerze, który jest w Finlandii konkurentem McDonaldsa. Najedzeni lepiej odgrywamy rolę turystów i wjeżdżamy na szczyt skoczni, z której rozciąga się fenomenalny widok na całe miasto i okolicę. Teraz już wiemy, co czuje Małysz przed skokiem! Mnie onieśmiela jeszcze jeden widok – najwyższy filar skoczni obserwowany z samego dołu przy podstawie. Zaskakuje nas to, że Finowie w okresie letnim zjazd, na którym się zatrzymują skoczkowie, wykorzystują organizując tam basen. Przed wyjazdem z miasta zatrzymujemy się w supermarkecie. Dlaczego? Jest nieco taniej niż w zwykłych sklepach, a oszczędzać musimy.

Z uzupełnionymi zapasami jedziemy dalej do Ristiny. W jej okolicach mamy zobaczyć rysunki naskalne mające 5000 lat. Trochę padający deszcz, a bardziej pusty bak sprawia, że rezygnujemy z tego punktu wyprawy. W zamian po raz pierwszy kąpiemy się w fińskim jeziorze i robimy sobie porządny obiad na naszych dwóch palnikach. Kto może, ten pije piwko. Z pełnymi brzuchami, w pogoni za słońcem, pędzimy do Kuopio. Cały czas towarzyszą nam typowe dla wschodniej Finlandii krajobrazy – pagórki, lasy, jeziora. 30 kilometrów przed miastem rozbijamy namioty, jemy kolację i idziemy spać.

Kuopio i droga do parku Oulanka

10 sierpnia (poniedziałek)

Po szybkim śniadaniu wjeżdżamy do Kuopio. Miasto okazuje się być podobne do tych mijanych, niczym specjalnym nie wyróżnia się. Chrupiemy smażone rybki zakupione na targu i ruszamy w stronę wieży widokowej. Z jej szczytu roztacza się piękna panorama: miasto i całe okoliczne pojezierze. Jest to zapowiedź tego, co ma nam towarzyszyć w trakcie jazdy samochodem przez najbliższe trzy dni – jezior.

Z myślą, by kolejne dwa dni spędzić na trekkingu i odpocząć nieco od samochodu, jedziemy w okolice Parku Narodowego Oulanka. Po drodze robimy przerwę na kąpiel i obiad w Ristijarvi. Nieco dalej, gdzieś w okolicach Kuusamo widzimy trzy pierwsze renifery, które skubią trawę tuż przy drodze. Łapiemy szybko za aparaty i fotografujemy zwierzęta, które dotychczas widzieliśmy jedynie w telewizji i na znakach drogowych. W dalszym etapie zatrzymujemy się przy artystycznej instalacji „Quiet people”, złożonej z bardzo dużej ilości strachów na wróble. Wieczorem jesteśmy bardzo blisko parku, więc rozbijamy namioty na jednym z parkingów niedaleko Ristikalio i idziemy spać.

Park Narodowy Oulanka

11 sierpnia (wtorek)

Obudzeni wczesnym rankiem próbujemy wypłynąć na jezioro łódką, którą znaleźliśmy przy parkingu. Niestety, szybko okazuje się ona nieszczelna. Pozostaje nam przepakować się, by na trekkingu mieć, co jeść, gdzie spać i co ubrać. Plecaki są ciężkie, ale nie ma innej rady, jak tylko je założyć na plecy.

Pełni zapału wchodzimy do Parku Narodowego Oulanka. Początkowo wokół jest mnóstwo zieleni, grzybów, jagód, później oglądamy pierwsze strumienie, wodospady, wiszące mosty, widoki i wzniesienia. Marsz z ciężkimi plecakami daje nam popalić i po 9 kilometrach, trochę też za sprawą deszczu, robimy sobie przerwę. Gdy przestaje padać, idziemy kolejne 8 kilometrów do Kanionu Oulanka. Umęczeni zostajemy w jednej z chat dostosowanych specjalnie dla podróżnych. Jest tutaj kominek, gazówka, miejsce do spania – wszystko w dobrym stanie, niezniszczone, nierozkradzione robi na nas wrażenie. W chacie postanawiamy przenocować. Korzystając z okazji, gotujemy obiad, a po nim wyruszamy na wielkie zbieranie jagód. W schronieniu poznajemy dwóch młodych Finów, którzy dają nam cenne wskazówki alkoholowe. Koledzy nieco zaskakują nas nocą, gdy zbudzeni przez nich widzimy jak pstrykają sobie wzajemnie fotki w negliżu.

Już teraz przeczytaj część 2. dziennika z wyprawy.

fot. Tymoteusz L-k

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz