Wyprawa samochodem z Polski do Czarnogóry – część 2

Wyprawa samochodem z Polski do Czarnogóry – część 2

Zapraszam do drugiej części relacji z podróży autem do Czarnogóry. Ten mały, ale uroczy kraj przemierzałem w lato 2010 roku. Naszym, bo podróżowałem z koleżanką Alą, środkiem lokomocji było auto. Stąd na dużą niewygodę nie mogliśmy narzekać, w końcu wszystko co potrzebne mieliśmy pod ręką, a resztę zawsze można zakupić.

Cetinje i Park Narodowy Lovcen

Rano odmeldowaliśmy się z kempingu i pożegnaliśmy po raz pierwszy Adriatyk. Swoje kompasy nastawiliśmy na Cetinje, dawna stolicę Czarnogóry. Kiedy tam dotarliśmy, obejrzeliśmy kolejno: cerkiew Vlaska, pomnik Ivana Crnojevicia (założyciela miasta), muzeum cerkiewne, grób Daniły I i cerkiew na Cipurze. Szczególnie spodobała mi się malutka cerkiew Vlaska z bogato złoconym ikonostasem. Równie ładny okazał się malowniczy widok, jaki roztacza się na miasto ze wzgórza, na którym znajduje się grób Daniły I. Całkiem przypadkowo zobaczyliśmy też dawną ambasadę francuską, okoloną wysokim stalowym płotem. Nie tracąc czasu pojechaliśmy dalej, wprost do Parku Narodowego Lovcen. Niemal z marszu zdobyliśmy najwyższą dostępną górę masywu czyli Jezerski Vrh (1657 m. n.p.m.), na której szczycie znajduje się mało ciekawe w moim odczuciu mauzoleum Njegosa. Zjechaliśmy szybko do Ivanovej Kority, którą wybraliśmy na miejsce noclegowe. Tam ugotowaliśmy sobie obiad i tak posileni uderzyliśmy na Babiną Górę. Wejście na nią okazało się dość proste i lekkie. Z samego szczytu zobaczyliśmy zarys morskiej linii brzegowej i w ten oto sposób mogliśmy drugi raz pożegnać Adriatyk. Kiedy schodziliśmy w dół, spotkaliśmy parę belgijskich staruszków, których ciągle mijaliśmy na szlaku. Pytali nas między innymi o nasze odczucia związane ze smoleńska katastrofą, co było bardzo miłe z ich strony, choć dotyczyło tragicznego tematu. Powróciwszy do Ivanovej Kority, rozbiliśmy namiot na małej polance. Wyskoczyliśmy na szybkie piwko do pobliskiej restauracji, po czym zwyczajnie w świecie poszliśmy spać.

Do Żabljaka

Prosto z Parku Narodowego Lovcen pojechaliśmy do Parku Narodowego Durmitor. Pogoda dopisywała, było ciepło i słonecznie. W Podgoricy posililiśmy się poranną kawą. Przed Kolasinem zwiedziliśmy bogato zdobiony monaster Moraca. Dalsza droga wiodła nad przepięknym kanionem rzeki Tary i gdzieś przy miejscowości Djurdjevica rzeka pozwoliła zachwycić się pięcioprzęsłowym mostem podtrzymywanym na wysokości 168-172 metrów. Widok genialny i niezapomniany, udowodniający geniusz ludzkiej techniki. W ten oto sposób dotarliśmy do Żabljaka, miejsca wypadowego w górzysty Durmitor. Wcześniej postanowiliśmy, że tutaj wynajmiemy pokój. Przyszło nam to bez problemu, cena: 8€ za noc. Nie czekając na nic, udaliśmy się na krótką wycieczkę wokół jeziora Czarnego. Czysta woda zachęcała do kąpieli, a widok na otaczające góry podpowiadał, by któryś szczyt czym prędzej zdobyć. To jednak musiało poczekać do dnia następnego. Zmęczeni podróżą i spacerem nad jeziorem, wróciliśmy do Żabljaka, by zwiedzić miejscowość. Okazała się ona mała, wszystko działo się praktycznie przy placu głównym i nie było też specjalnie czego oglądać. Zatem tradycyjnie wybraliśmy knajpę i picie piwa.

Na szczyt Crveny Gredy

Temu dniu przyświecał jeden cel: zdobycie najwyższego punktu północnego Durmitoru – Crveny Gredy (2164 m n.p.m.). Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy nad jezioro Czarne, gdzie zaczynał się interesujący nas szlak. Po pierwszych kilkuset metrach dowiedzieliśmy się, że czarnogórskie szlaki są słabo oznaczone i trzeba być bardzo czujnym, by jakiegoś punktu nie przeoczyć. Pierwsza i ostatnia pomyłka w ocenie szlaku, zaprowadziła nas nad malutkie jezioro Zminje, gdzie najspokojniej w świecie pasł się byk. Po powrocie na właściwą ścieżkę mieliśmy okazję przejść przez alpejskopodobne polany z domkami okolicznych górali. Drogą przez las zdobyliśmy górę Rażany Glavy (1862 m n.p.m.) i byliśmy niedaleko kolejnego jeziora – Jablan. Pięknie położone, u podnóża północnych szczytów Durmitoru, o bardzo intensywnym zielonym kolorze, zachęcił nas do półgodzinnego odpoczynku. Ale czas naglił, a zwłaszcza chmury, które przybrały ciemne kolory. Spacer stał się trudniejszy, a zbocza bardziej strome. W końcu dotarliśmy do celu. Było już znacznie chłodniej, gdzieniegdzie leżał nawet śnieg. Zmęczenie zrekompensowała panorama – cudowna! Ciemne chmury nie pozwoliły nam na długi zachwyt, bo droga powrotna do Żabljaka czekała nas długa. Pół godziny po tym jak dotarliśmy do pokoju nadeszła burza. Zmęczeni udaliśmy się do pobliskiej restauracji Luna, gdzie zjedliśmy bardzo smaczną kolację.

Spokój, wielki spokój

Trzeci dzień w Durmitorze okazał się być zupełnie inny. Temperatura spadła z dwudziestu kilku do dziesięciu stopni. Dzień ten przeznaczyliśmy na odpoczynek, mając w głowach czekającą nas podróż nazajutrz. Odpuściliśmy sobie kolejny trekking po górach, na rzecz spaceru w okolicach jeziora Czarnego. Wolny czas wykorzystaliśmy na zakup kartek, wypisanie pozdrowień i nabycie tradycyjnego czarnogórskiego wina, które przeszmuglowaliśmy do Polski. Wieczorem znów odwiedziliśmy restaurację Luna, a leniwy i spokojny dzień dobiegał końca.

Powrót

W południe opuściliśmy Żabljak i powoli zaczęliśmy żegnać Czarnogórę. Chwytaliśmy ostatnie krajobrazy, wiedząc, że za parę godzin znajdziemy się na granicy z Bośnią i Hercegowiną. Znów byliśmy w Niksicu, znów podziwialiśmy kanion rzeki Pivy, by dojechać do granicy w Scepan Polje. Drogę powrotną obraliśmy tę samą, uznając, że jest sprawdzona i dobra. Do domu w Polsce ostatecznie docieramy o godzinie 14 następnego dnia. Tak skończyła się nasza mała wyprawa samochodowa do górzystej Czarnogóry. Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni z tego, co przeżyliśmy, zobaczyliśmy, doświadczyliśmy i nauczyliśmy się.

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, przeczytaj część 1. relacji z podróży.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz