Rzeźnia numer pięć

Rzeźnia numer pięć

Zmagam się od lat, by raz po raz przeczytać książkę z różnych powodów dla literatury ważną, którą po prostu wypada znać (i rozumieć). Wstyd mi w tym miejscu przyznać, jak wiele pozycji przede mną. Rzeźnia numer pięć Kurta Vonneguta tę listę uszczupliła.

Czy da się napisać coś nowego o książce, która należy do kanonu światowej literatury? Tak, ale nie będę się na to silił.

Siła absurdu

Rzeźnię numer pięć zapamiętam na długo. Najbardziej przyczynił się do tego wybrany przez Vonneguta styl. Przesiąknięty czarnym humorem, groteską i absurdem wciągał mnie od pierwszej strony. Sprawiał, że była to dla mnie taka ponuro-śmieszna lektura. Autor lekkim piórem opisał poważny temat: wojnę i bombardowanie Drezna, a każdą śmierć kwitował krótkim: Zdarza się.

Miejscami fenomenalna i zaskakująca. Ach, jak lubię, gdy książka potrafi wywołać we mnie czytelniczy zachwyt, gdy po jakimś fragmencie myślę „Wow! Ale weszło! Ale urwał!”. Przy Rzeźni miałem tak kilka, jeśli nie kilkanaście razy.

Boże, daj mi pogodę ducha, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę, i mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego.

Wnioski

Mógłbym się rozpisywać o tej książce długo. Pozostanę przy bezpiecznym dla mnie stwierdzeniu, że wszystko już o niej napisano. Książkę polecam. Krótka, łatwa – powinna ucieszyć czytelniczych malkontentów.

Ja ze swej strony postanawiam, by czytać więcej klasyki polskiej, europejskiej i światowej. Ona nie musi być nudna. Czas uzupełnić luki, niedopatrzenia i wyplenić lenistwo.

Dodaj komentarz