Jądro ciemności

Z Josephem Conradem jest tak, że już wiele lat temu powinienem go poznać. Pamiętam, że próbowałem, ale Lorda Jima nie ukończyłem. Czy zaniechałem lektury po 30., 50., a może 150. stronach? Nie pamiętam, to było u zarania dziejów.

Na spotkanie zła

Z Jądrem ciemności było zgoła odmiennie. Akapit za akapitem otulało mnie swoją kapitalną atmosferą. Wnikałem w gęstą, duszną maź Afryki powoli, na spotkanie zła. Świadomie, oczarowany czy omamiony przez autora, dałem się wciągnąć kreowanemu przez niego czarnemu bagnu.

Jestem zachwycony. Zagadkowość podróży Marlowa na Czarny Ląd, a potem cierpliwe wrzenie grozy w niedopowiedzeniach, domysłach, strzępach relacji, niejasnych znakach, wreszcie bezpośrednim zderzeniu u celu podróży kupiło mnie. Nie opuszczało mnie poczucie, że zaraz coś się stanie, eksploduje, urwie wszystkim głowy. Nie spodziewałem się po tej książce niczego spektakularnego, przewidywałem nudę, a ona z każdą stroną okazywała się lepsza.

Kim jest Kurtz?

Od pewnego momentu analogicznie do głównego bohatera, który płynął, by porozmawiać z Kurtzem, czytałem, by przekonać się, kim w rzeczywistości okaże się najlepszy z agentów. Nie wiem, jak to zrobił Conrad, ale już dawno tak nie „czułem” książki, jakbym był pasażerem statku Marlowa i naocznym świadkiem wydarzeń świata przedstawionego.

Tak, to książka o ludobójstwie, zabawie w panów niosących kaganek nowoczesności i wiedzy rdzennym mieszkańcom poprzez brutalną napaść. Tak, to powieść o imperialnych zapędach Europejczyków, kolonializmie nastawionym na grabież dóbr naturalnych Afryki i szybki zysk. Nie rozwijam tych myśli, bo wszystko to znajdziecie w pierwszym lepszym opracowaniu Jądra ciemności. Książka miazga, warta przeczytania!

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Jola

    Ta powieść też mnie wciągnęła, miałam podobne odczucia do Twoich :)

    1. Ajkub

      Wziąłbym coś jeszcze Conrada na tapet, ale nie zdecydowałem jeszcze, co to będzie.

Dodaj komentarz