Wejście na Turbacz

Wejście na Turbacz

Odrobiny cierpliwości i nieco więcej wytrzymałości potrzebowaliśmy, by wejść na najwyższy szczyt Gorców. Najtrudniej było nam wyjść z Rabki-Zdrój. W miejscowości szlak czerwony jest bardzo rzadko znaczony, przez co mieliśmy wątpliwości, co do słuszności obranej drogi. Na szczęście problem ten zniknął tak szybko, jak zniknęły za nami ostatnie zabudowania.

Od schroniska do schroniska

Do Maciejowej mieliśmy blisko, dlatego puściliśmy idącą za nami wycieczkę szkolną przodem, a sami chcąc odsapnąć przystanęliśmy przy stogach siana sformowanych na polanie. Widok na Luboń Wielki od północy i Babią Górę od zachodu dał nam pomyśleć „wreszcie jesteśmy w górach”. By jednak być w nich naprawdę musieliśmy iść dalej.

Oprócz czerwonych znaków nasze oczy szukały przytwierdzonych do drzew stacji drogi krzyżowej, którą wytyczono przy szlaku. Tym sposobem doszliśmy do pierwszego przystanku, uroczej bacówki na Maciejowej. Zarządziłem odpoczynek, posilenie się i wypicie piwa. Garstka turystów kręciła się wokół obiektu, a w niej nasz wzrok i słuch przyciągali Włosi w tradycyjnych tyrolskich strojach. Niewyspani po podróży i mierzący się z pierwszym wędrowaniem od niemal pół roku postanowiliśmy nad mapą, że w kolejnym schronisku zatrzymamy się na noc.

Droga do Schroniska PTTK na Starych Wierchach minęła nam zaskakująco szybko. Nie byliśmy ani specjalnie zmęczeni, ani zdeterminowani, by już o godzinie 13 meldować się gdziekolwiek. Przy oscypku kupionym od starszego pana szybko zdecydowaliśmy, że zaatakujemy Turbacz.

Przez Obidowiec na Turbacz

Do Gorczańskiego Parku Narodowego weszliśmy zaraz za Starymi Wierchami. Do Obidowca wędrowaliśmy praktycznie cały czas lasem, a za górą pierwszym większym odsłoniętym fragmentem trasy okazało się miejsce katastrofy lotniczej z 1973 roku. Pozostało z niej symbolicznie przyczepione śmigło do krzyża.

Wejście na Turbacz było kwestią czasu. Sprawę ułatwiły nam drewniane kołki tworzące swoiste schody na zboczu góry. Ta pomoc i tak nie uchroniła nas od zlania się potem, bo podejście okazało się dość długie, a przy tym słońce paliło mocno. Na wierzchołek weszliśmy tradycyjnie już: zmęczeni, ale szczęśliwi. Nie zachwycił nas betonowy obelisk na szczycie, ale i tak zdecydowaliśmy się wykonać przy nim kilka pamiątkowych fotek.

Chcąc wreszcie zrzucić plecaki i odpocząć skierowaliśmy się do Schroniska PTTK na Turbaczu. Zameldowaliśmy się, umyliśmy, najedliśmy, posiedzieliśmy przy piwku, obejrzeliśmy schronisko, słowem poczuliśmy się w Gorcach jak u siebie.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz