Spacer na Polanę Chochołowską

Spacer na Polanę Chochołowską

Ruszyłem w Tatry zaraz po obniżeniu stopnia lawinowego z 4 do 3. Ze Szczawnicy dostałem się do Krościenka nad Dunajcem, a stamtąd miałem bezpośrednie połączenie do Zakopanego. Jeszcze przed południem wysiadłem na nowym dworcu PKS i niemal z marszu skorzystałem z busa jadącego na Siwą Polanę.

Pogoda tego dnia była przepiękna: ciepło i słonecznie. Wiedziałem, że nie mam się po co spieszyć, bo i chciałem odpocząć po Radziejowej i Pieninach, dlatego bardzo wolno ruszyłem w głąb Doliny Chochołowskiej.

Powrót w Tatry

Na Tatry czekałem długo, za długo. Koniec kwietnia nie był idealnym czasem na powrót w najwyższe polskie góry, ale przygotowałem się na ten wyjazd dość dobrze. Skupiłem się na wysokościach oscylujących w przedziale 1500-2000 metrów. Ale nawet na to mogły mi nie pozwolić warunki, wszakże dopiero co spadł ponad metr śniegu, a lawinowa 3-ka oznaczała duże niebezpieczeństwo.


Padło na Tatry Zachodnie: Grześ, Rakoń, Ornak czy Starobociański Wierch zdawały się całkiem realne. Dlatego pierwszego dnia chciałem przede wszystkim dostać się do Schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej. Naiwnie liczyłem, że oprócz znalezienia noclegu, usłyszę tam pozytywne informacje o przetartych szlakach i warunkach sprzyjających wędrówkom.

Przez Dolinę Chochołowską

Chochołowską szedłem po prostu do przodu i zachwycałem się. Mógłbym jak zawsze opisać swoją trasę, ale wydaje mi się to zupełnie zbędne. Dolina ma swój niesamowity urok, niemal na każdym kroku przykuwała moją uwagę, olśniewała i porywała. Czas mnie nie ograniczał, mogłem przystawać, poznawać, robić zdjęcia, siąść nad Potokiem Chochołowskim, po prostu upajać się powrotem w Tatry. Obserwowałem skały, zbocza, żleby i szczyty i starałem się odnaleźć topograficznie. Kominiarski Wierch był długi czas najbliżej i z dołu wydawał się potężny, niemal nie do zdobycia.

Polana Chochołowska

W końcu dotarłem do celu swojej wędrówki. Wyłonił się pierwszy, potem drugi, a dalej kolejny i następny szałas pasterski. To one w dużej mierze nadają uroku polanie, którą w całości przykrył biały puch. A było go całkiem sporo, tak dużo, że nawet przejście do drewnianej kaplicy wymusiłoby przetarcie drogi. Nie mniej śniegu leżało na szczycie Bobrowca, Grzesia, Wołowca i Jarząbczego Wierchu.

Mnie nie pozostało nic innego jak wejść do schroniska, zameldować się, zjeść coś, odpocząć, zasięgnąć informacji i postanowić, gdzie iść dnia następnego. Szybko zapoznałem się z osobami, z którymi dzieliłem pokój. Przy piwku dowiedziałem się, że prawie nic w okolicy nie jest przetarte. Potwierdziła to kolejna grupa młodych turystów, którzy uraczyli nas mocniejszym trunkiem. Gdzieś w trakcie tych rozmów postanowiłem, że nazajutrz ruszę na Grzesia, ale o jego zdobywaniu napiszę już w następnym wpisie.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz