Pożegnanie z Turbaczem

Pożegnanie z Turbaczem

Tego dnia ostatni raz wyszliśmy ze Schroniska PTTK na Turbaczu. Nasz cel czyli dotarcie na Lubań podzieliliśmy na 2 dni. Pierwszego chcieliśmy dotrzeć do Studzionek w Ochotnicy Górnej. Czasu na wędrówkę mieliśmy więcej niż mnóstwo.

Do Matki Boskiej Leśnej

Przez ten nadmiar czasu nie skierowaliśmy się od razu do celu, ale do Kaplicy Papieskiej na Rusnakowej Polanie.

Od schroniska zeszliśmy żółtym szlakiem, by dość szybko stanąć przy pomniku poświęconym pamięci żołnierzy – wielkim brzozowym krzyżu z jeszcze większą żołnierską czapką. Niedługo potem dotarliśmy do kaplicy – drewnianej, kolorowej, z wyraźnym górskim charakterem. Jak się okazało „papieska” to tylko jedna z wielu nazw, bo przede wszystkim jest to Kaplica Matki Boskiej Leśnej Królowej Gorców. Akurat trafiliśmy na remont i niestety nie mogliśmy jej dokładnie obejrzeć, więc po małym odpoczynku zawróciliśmy w kierunku schroniska.

Wyjście z Gorczańskiego Parku Narodowego

Przy schronisku zmieniliśmy znaki na czerwone i jak dnia poprzedniego przeszliśmy przez Halę Długą. Zamiar zajrzenia do stojącej na krańcu hali Bacówki GPNu spełzł na niczym – budynek okazał się zamknięty na cztery spusty.

Ruszyliśmy dalej i bardzo szybko doszliśmy na Kiczorę, z której obejrzeliśmy doskonale prezentujący się grzbiet Lubania. Za górą szlak zaczął opadać łagodnie w dół i tylko fragmentem okazał się dość stromy. Czekała nas dość monotonna długa wędrówka przez las, która skończyła się dopiero przy Przełęczy Knurowskiej. Po posileniu się musieliśmy zmierzyć się z trzema pomniejszymi wzniesieniami: Turkówką, Bukowinką i Chałupiskiem, za którymi czekały już na nas Studzionki w Ochotnicy Górnej.

Studzionki

W Studzionkach zatrzymaliśmy się u Państwa Chrobaków. Był to nocleg, który polecano mi na dwóch niezależnych od siebie forach internetowych. Ogromnym atutem zakwaterowania okazała się cena – zaledwie 20 złotych od osoby. Ponieważ zapowiedzieliśmy się u gospodyni telefonicznie wczesnym rankiem, to czekała na nas zupa i pierogi domowej roboty.

Po obiedzie poszliśmy obejrzeć okolicę, która okazała się dość malownicza, a w mojej ocenie największy jej urok tkwił w rozsianych tu i ówdzie stogach siana i muczących krowach pochowanych po gospodarstwach. Zaledwie 300 metrów od naszego noclegu znaleźliśmy miejsce, z którego świetnie było widać Tatry i Zalew Czorsztyński.

Zmęczeni dość szybko wróciliśmy do naszych sympatycznych gospodarzy i rudego kota harcującego po podwórku, którego upodobała sobie Emilka. Wieczór minął nam na grze w chińczyka i Rummikub, a przede wszystkim słuchaniu seniorki rodu, która bawiła wszystkich swoimi żartami i anegdotami.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz