Kwiecień plecień

Kwiecień plecień

Plan na Beskid Sądecki był prosty: wejść na Radziejową i przewędrować tyle, ile się da. Wiedziałem, że pogoda będzie nieciekawa i zmienna, by nie napisać kapryśna. Ale bardziej niż aury obawiałem się swojej kondycji, bo choć czułem się wypoczęty, to w nogach miałem zaledwie wejście na Bereśnik i Dzwonkówkę z dnia poprzedniego. Przygotowany na wszystkie ewentualności ruszyłem z samego rana w trasę.

Na Prehybę

Z bacówki szybko podszedłem na Bereśnik, z którego czarnym szlakiem zszedłem do Sewerynówki. Fragment ten nie jest idealnie oznaczony i dwa razy dłużej zastanawiałem się, gdzie iść dalej. Na szczęście nie musiałem się przedzierać przez błoto, które przez noc i tak zamarzło, ale przez nieprzetarty śnieg.

Z Sewerynówki mozolnie pod górę prowadziła mnie leśna droga i niebieskie znaki. Gdy miałem już opuścić dukt niebo szczodrze obsypało mnie śniegiem. Nie przejmując się tym pokonałem ostre podejście pod Koszarki, z których skierowałem się prosto na Czeremchę. Na tej wysokości wyraźnie czułem dmący wiatr, który holował na niebie wielkie ciemne chmury.

Padający śnieg nie mógł się tego przedpołudnia zdecydować, czy ledwie prószyć, czy mocno padać. Jednak gdy wędrowałem ostatnim fragmentem szlaku do Prehyby śnieg rozszalał się na dobre. Opad był tak wielki, że nawet nie zauważyłem wieży radiowo-telewizyjnej stojącej na szczycie. Poszedłem wprost do schroniska odsapnąć, wyschnąć, coś przekąsić i przeczekać śnieżną zadymkę.

Dwa oblicza Radziejowej

Gdy tylko opad śniegu zelżał, ruszyłem dalej, tym razem czerwonym szlakiem. Szybko pokonałem oba Złomiste Wierchy, Przełęcz Długą i Małą Radziejową, by w kolejnej śnieżnej zadymce wejść na Radziejową. Nie zważając na pogodę zdecydowałem się wejść na wieżę, z której absolutnie nic ciekawego nie zobaczyłem – wszystko zasłoniły chmury. Zniechęcony zszedłem po stromych i oblodzonych stopniach na dół. Za radą napotkanej tam turystki postanowiłem poczekać 5 minut, licząc na przejaśnienie. Nie musiałem nawet tyle czekać, by stał się cud. Śnieg nagle przestał padać i pojawiło się niebieskie niebo. Szybko wdrapałem się z powrotem na wieżę, by zobaczyć o wiele więcej niż poprzednio.

Wracając z Radziejowej na Prehybę zastanawiałem się, jaka opatrzność zesłała mi tę turystkę z radą cierpliwego przeczekania złej pogody. Co więcej, od tego momentu śnieg już tego dnia nie prószył, a coraz śmielej spomiędzy chmur zaczęło wyglądać słońce. Może to przypadek, może przeznaczenie albo szczęśliwy zbieg okoliczności?

Widokowy Przysłop

W schronisku PTTK na Prehybie posiliłem się smaczną pomidorówkę i postanowiłem, że wrócę do bacówki pod Bereśnikiem przez Skałkę, Przysłop i Dzwonkówkę. Czasu i siły w nogach miałem jeszcze sporo, a poprawiająca się pogoda zachęcała do dalszej wędrówki.

Na Skałkę zaszedłem prędko. Za nią długim fragmentem obniżałem wysokość idąc leśną ścieżką. Znużony i coraz bardziej zmęczony wyczekiwałem przełęczy między Kubą, a Dzwonkówką czyli Przysłopu. Gdy tylko doszedłem do obniżenia między wzniesieniami poczułem się oczarowany. Miejsce zaskoczyło mnie dziwnym spokojem i pięknymi widokami. Stojąca, niepozornie pozostawiona sama sobie stara wueska łudziła, że czas w tym miejscu się zatrzymał. Mimo kilku domostw panowała zupełna cisza, a dobra pogoda pozwalała na dłuższą obecność i wyhamowanie. Po przejściu kilkunastu wzniesień tego dnia, dopiero na przełęczy poczułem, że jestem w górach.

Ciężko mi było opuszczać to miejsce, ale zmęczenie i głód pchały mnie na Dzwonkówkę, z której miałem już niecałą godzinkę żółtym szlakiem do mety w bacówce. Gdy ostatecznie do niej dotarłem mogłem wreszcie zobaczyć widoki, z których schronisko jest znane. Co prawda Tatry były zasłonięte chmurami, ale Pieniny prezentowały się przyzwoicie, podobnie jak Beskid Sądecki, którego dobry kawałek (ok. 27 km) dopiero co przeszedłem.

Wpisy o podobnej tematyce

2 komentarze do wpisu „Kwiecień plecień”

Dodaj komentarz