Najdłuższa podróż

Najdłuższa podróż

Wreszcie jesteśmy w górach i to w komplecie. Długo czekaliśmy na ten dzień i zdaje się, że była to dla nas najdłuższa podróż ze wszystkich. Przed dwojgiem z nas jedno z mniejszych wzniesień, przed dwojgiem z nas najwyższe.

Szerpowie i górołazi

Robię za himalajskiego jaka, w plecaku-nosidełku dźwigam Wojtka. Szerpa Emilia niesie naszą córkę w brzuchu. Idziemy powoli, najmniej śpiesznie w historii turystyki górskiej, ale nie chcemy pędzić. Pragniemy cieszyć się tym, że jesteśmy tu razem.

Niby jest jak zawsze, a jednak jest inaczej, najlepiej. Tradycyjnie mamy ciężkie oddechy, zroszeni jesteśmy potem i przystajemy odpocząć. Jak zazwyczaj pogoda nie sprzyja i zanosi się na deszcz. Po staremu szukamy kolejnych oznaczeń szlaku na drzewach. Jednak każda chwila jest niepodobna do wcześniejszych – ujmująco przyjemna.

Patrzymy na reakcje Wojtka. Chyba mu się podoba. Ogląda mijane zarośla i drzewa (och jak on lubi obserwować wysokie drzewa!). Patrzy na pozdrawianych turystów. Dziwi się, dlaczego tata tak stęka na tych cholernych stopniach prowadzących na wzgórze. Na szczycie stożka szybko przekonuje się, że dotarł na wygasły wulkan, gdy brudzi sobie ręce zwęgloną ziemią.

Jesteśmy tu razem i jest wspaniale.

Początek

Jestem pewny, że podobnych wędrówek przed nami jeszcze multum. Będą to cudowne dni wśród natury. Chcę przeżywać je tak, by wracać do nich z wielkim sentymentem i by wygenerować jak najwięcej wspomnień.

Zawsze się śmieję, że Wojtek wejdzie na K2 zimą jako pierwszy 2-latek na Ziemi, bo jakby nie patrzeć swój Mount Everest ma już za sobą. Nie, wcale nie chcę, by realizował moje niespełnione marzenia. Mam nadzieję, że moje dzieci nauczą się szacunku do przyrody i pokochają ją na swój indywidualny sposób, a zarazem po części zrozumieją, co ich starego tak ciągnie w góry. Czy się uda? Czas pokaże.

Dodaj komentarz