Na Lubań!

Na Lubań!

Gdy zbieraliśmy się do opuszczenia noclegu w Studzionkach senior rodu wskazując na Runek powiedział: „Ta góra najpiękniej wygląda jesienią, jest cała kolorowa”. Musieliśmy mu zawierzyć, gdy spoglądaliśmy na wierzchołek, który tylko w odcieniach zieleni prezentował się w drugiej połowie sierpnia.

Na Lubań!

Tego dnia na niebie nie mogliśmy znaleźć najmniejszej chmurki, dzięki czemu widoki w każdym kierunku mieliśmy znakomite. Tatry stały się nagie; prężyły się powabnie od południa pytając „kiedy do nas wpadniecie?”.

My jednak mieliśmy inny cel – Lubań. Ruszyliśmy bez pośpiechu czerwonymi znakami, które z początku cały czas prowadziły nas lasem. W przyzwoitej kondycji zdobyliśmy Kotelnicę i Runek.

Wraz z wzrastającą temperaturą zaczęły wokół nas pojawiać się muchy; najpierw kilka, później kilkanaście, aż wreszcie asystował nam rój dokuczających owadów. Poirytowani takim towarzystwem, nieco już zmęczeni zrzuciliśmy plecaki na Polanie Kudów, by złapać oddech i odsapnąć.

Biegacze i muchy

Za polaną minęliśmy się z pierwszym biegaczem. Kolejni uświadomili nam, że odbywa się w Gorcach bieg. Współczuliśmy zawodnikom: żar lał się z nieba, a za każdym z nich ciągnął rój natrętnych owadów. Dla nas z kolei bieg był nie lada atrakcją. Podziwiając i kibicując szybko doszliśmy do skrzyżowania pod Lubaniem łączącym ze sobą aż cztery kolory szlaków.

Przed sobą mieliśmy najtrudniejszy fragment trasy: strome, kamieniste wejście na Lubań. Niezliczone krople potu i utratę sił kosztowała nas wspinaczka na szczyt. Ale na Lubaniu czekała na nas wysoka, identyczna jak ta na Gorcu wieża widokowa. Roztaczały się z niej piękne widoki. Gdy nakarmiliśmy oczy krajobrazami, zeszliśmy do bazy namiotowej pod wzniesieniem, gdzie zjedliśmy pożywny posiłek i zregenerowaliśmy siły.

Do Czorsztyna czyli pożegnanie z Gorcami

Lubań opuszczaliśmy niechętnie, bo wraz z nim żegnaliśmy całe Gorce. Niebieskim szlakiem zaczęliśmy schodzić w dół, a naszym nowym celem stał się Czorsztyn. 2 godziny zajęła nam wędrówka do podnóża góry Wdżar, z której już drogami dostaliśmy się do miasteczka. Szybko znaleźliśmy nocleg i bez plecaków ruszyliśmy obejrzeć atrakcje.

Ruiny zamku w Czorsztynie nie zrobiły na nas wielkiego wrażenia, bardziej spodobał nam się sam zalew, który dzięki turystom wręcz tętnił życiem. Było głośno, było kolorowo, a my obserwując znad piwka ten zgiełk byliśmy wdzięczni Gorcom za każdy metr wędrówki, jaki nam dały. W ten sposób zakończyliśmy nasz pobyt w tych pięknych górach.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz