Kasprowy Wierch klasycznie

Kasprowy Wierch klasycznie

Zimą na Kasprowy Wierch weszliśmy kilka lat temu. Była to wycieczka pełna brawury i nieodpowiedzialności. Wiodła nas w górę głupia lekkomyślność: nie zważaliśmy na zagrożenia lawinowe, na pogodę, po prostu napieraliśmy na szczyt. Na szczęście dorośliśmy, a nasza świadomość górska znacznie wzrosła. Chcieliśmy na wierzchołek wejść jeszcze raz, po bożemu, a także zejść z niego, a nie zjechać kolejką jak poprzednio.

Wybraliśmy klasyczną wędrówkę na Kasprowy Wierch. Z Kuźnic przez Boczań do Hali Gąsienicowej, a z niej prosto na szczyt. Z góry do Kuźnic schodziliśmy zaś przez Myślenickie Turnie. Szlak jest tak znany, że nie będę rozpisywał się o jego kolejnych etapach, a skupię się na tym, co na długo zapamiętam z tej wycieczki.

Nasza kozica

Z tak bliska jeszcze jej nie oglądaliśmy. Tuż przed Przełęczą między Kopami wyłoniła się zza skał. Mieliśmy ją w odległości kilku metrów. Spokojnie skubała trawę, a nasza obecność w żaden sposób jej nie deprymowała. Musiała być mocno przyzwyczajona do turystów na szlaku: nie uciekała i cierpliwie pozowała do każdej kolejnej fotografii.

Hala Gąsienicowa

Na halę zachodziłem już kilka razy i zawsze było to zimą, gdy pokrywał ją biały puch. Śnieżna sceneria, chaty i wyrastające wokół szczyty mają swój niesamowity urok i estetycznie zwalają mnie z nóg. Tym razem widoczny był tylko Mały Kościelec, a cała reszta chowała się w chmurach. To i tak niczego nie zmieniło, bo zachwycałem się, jak za każdym poprzednim razem.

Obiecałem sobie, że następnym razem Halę Gąsienicową obejrzę o innej porze roku. Marzy mi się zielona, o wschodzie słońca, ze świetnie widocznymi szczytami wokół.

Turyści

Dopóki wchodziliśmy na szczyt, bez wyjątku mijaliśmy turystów przygotowanych do wędrówki: w odpowiednich butach i odzieży, czasem w rakach, sporadycznie z czekanem, z reguły z kijami. Pozdrawialiśmy ich, a oni nas i właściwie o nich zapominaliśmy.

Jednakże jak tylko zaczęliśmy schodzić z wierzchołka do Myślenickich Turni, zobaczyliśmy turystów kompletnie niegotowych na wyzwanie, jakie ich czeka. Zrozumieliśmy wtedy, że weekend majowy rządzi się swoimi prawami i w górę chodzą też zupełni laicy. Kilku z nich miało na tyle oleju w głowie, że zawracało, gdy odpowiadaliśmy im, że na górę jeszcze kawał drogi, a z zachmurzonego szczytu i tak nic nie widać.

Na tym zejściu z Kasprowego Wierchu coś we mnie pękło. Powiedziałem, że nigdy więcej nie pojedziemy w Tatry w jakikolwiek długi weekend. Zbyt bardzo cenię spokój na szlaku i wolę martwić się tylko o nas, a nie o innych. Mimo tej smutnej refleksji, satysfakcja z wędrówki i ze zdobycia wierzchołka była spora, a to w wędrowaniu jest dla nas najważniejsze.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz