Grześ na kacu

Grześ na kacu

Grześ i Rakoń – proste szczyty, od których powinieneś rozpocząć przygodę w Tatrach. Zdanie jest to tak długo prawdziwe, dopóki masz do czynienia ze sprzyjającą pogodą, przetartym szlakiem i stosunkowo niezłym samopoczuciem. Zupełnie inną bajkę obejrzysz, gdy TOPR ogłosi lawinową 3-kę, przed tobą nikt tego dnia nie wyszedł na szlak, a ty dałeś się ponieść schroniskowej integracji w dniu poprzednim, przez co nie jesteś ani wyspany, ani wypoczęty.

Zdążyć przed deszczem

Obudziłem się wczesnym rankiem: skacowany i nie do końca zregenerowany. Zjadłem śniadanie, spakowałem plecak, ubrałem się i wyszedłem na Polanę Chochołowską. Zapomniałem sprawdzić pogodę na monitorze w schronisku, ale wiedziałem z prognoz internetowych, że z popołudniem mogło się rozpadać. Ciemne chmury, które sunęły niebem dodawały przewidywaniom wiarygodności. Nie chcąc przekonać się o skuteczności rokowań, ruszyłem bez zastanowienia żółtym szlakiem w kierunku Bobrowieckiej Przełęczy.

Potwierdziły się uzyskane przeze mnie dnia poprzedniego informacje, że szlak jest przetarty. Szedłem spokojnie lasem w górę, szukając swojego tempa i odejścia drogi w lewo. To ostatnie pojawiło się niebawem wraz z niebieskimi oznaczeniami, które dołączyły do żółtych. Odpocząłem, po czym rozpocząłem powolny trawers zbocza Grzesia. Droga wciąż wiodła lasem, który w 2 lub 3 miejscach przerzedzał się na tyle, że mogłem obejrzeć Kominiarski Wierch i Bobrowca.

Grześ, Grześ, daj mi wejść

Zgodnie z czasami podanymi na mapie dotarłem do górnej granicy lasu. Spojrzałem na podejście na przełęcz pod Grzesiem i zrozumiałem, że stracę więcej chwil i sił niż myślałem. Szlak w zasadzie nie był przetarty. Ślady były ledwie widoczne, zawiane śniegiem dawały mocno prowizoryczną drogę na szczyt.

Potwierdziły to pierwsze kroki: tonąłem w śniegu po kolana, a niekiedy po uda i pachwiny. Dwa lub trzy razy straciłem równowagę i lądowałem w zaspach. Śnieg nie był sypki, a ledwie zmrożony. Nie myślałem wycofać się, byłem zbyt blisko szczytu. Mozolnie brnąłem do przodu i choć moje tempo było godne pożałowania wypłaszczenie pod Grzesiem było niedaleko. Spodziewałem się, że śniegu tam będzie mniej i spokojnie dojdę na wierzchołek.

Nie pomyliłem się, białego puchu było zdecydowanie mniej, gdyż w dużej mierze został wywiany. Nie zdążyłem się nawet uśmiechnąć do lepszych warunków, bo od razu zderzyłem się z siłą, której się nie spodziewałem – wiatrem. Do tej pory byłem osłonięty, ale jak tylko wyszedłem na górę poczułem jego moc. Uderzał z południa, jakby chciał mnie zepchnąć tam, skąd przyszedłem. Później dowiedziałem się, że tego dnia zarejestrowano na Kasprowym Wierchu wiatr o sile ponad 120 km/h i tylko domyślałem się, że na Grzesiu było niewiele mniej. Na Grzesiu, do którego ostatecznie doszedłem.

Na szczycie wykonałem zaledwie kilkanaście zdjęć, bo autofokus aparatu przy takim wietrze fiksował. Wołowiec schowany był za chmurami, podobnie jak inne wyższe od Grzesia góry. Spojrzałem trzeźwo na dalszą drogę i postanowiłem nie kontynuować wędrówki. Szlak na Rakoń był nieprzetarty, a bez rakiet śnieżnych i przy tak mocnych podmuchach szanse na dojście na szczyt miałem niewielkie.

Wycofałem się za wypłaszczenie, gdzie nie czułem mocy wiatru. W dół schodziło mi się o niebo lepiej i szybko dotarłem do górnej granicy lasu. Tu spotkałem grupę, z którą jeszcze kilkanaście godzin wcześniej integrowałem się w schronisku. Z jednej strony żałowałem, że nie szli przede mną i nie przetarli mi drogi; z drugiej cieszyłem się, bo zaznałem prawdziwie zimowych warunków i miałem z tego wejścia mnóstwo frajdy. Pozdrowiliśmy się, chwilę pogadaliśmy, ja ruszyłem na dół, a oni w górę.

Kaplica św. Jana Chrzciciela

Wróciłem do schroniska około południa. Zjadłem zupę, odpocząłem i wyszedłem na Polanę Chochołowską. Skierowałem się ku kaplicy św. Jana Chrzciciela. To ledwie kilka minut drogi od schroniska – mały drewniany obiekt w stylu góralskim, obok którego stoi wiata i krzyż, a przed nim ławki. Wpisałem się do księgi we wiacie i podziękowałem za wszystkie wędrówki górskie, jakie przeżyłem. Chwilę się pomodliłem, by wrócić do schroniska. Co ciekawe, tej nocy byłem jedynym gościem w obiekcie na Polanie Chochołowskiej. Wszystkich odstraszył pewnie deszcz, który zgodnie z prognozami rozpadał się późnym popołudniem.

Wpisy o podobnej tematyce

2 komentarze do wpisu „Grześ na kacu”

Dodaj komentarz