Zeszyt do jaj

Zeszyt do jaj

W pokoju dziadka unosił się osobliwy zapach sędziwości. A może to reszta domu była z niego wyzuta, pozbawiona, sprawnie zdezynfekowana. Lubiłem przebywać w tych ścianach, ale dziadek nie pozwalał na to zbyt często. Było to najbardziej słoneczne pomieszczenie i wystarczyło wzbić kurz z poduszek, by zmaterializować światło do fruwającego brokatu. To go złościło, dlatego nieczęsto przeprowadzałem ten eksperyment.

W pokoju dziadka stała szafa. Stara, drewniana, z drążkiem na ubrania oraz kilkoma półkami, słowem nic specjalnego, tyle że stara. Na jednej z nich, pod kartonowym pudełkiem leżał 16-kartkowy zeszyt w kratę. Czysta, niebieska okładka zawierała tylko napis „JAJA”. Bez niego niewtajemniczeni nie mieliby pojęcia, co oznaczają wypisane w środku cyfry w tabelach. A te kreśliliśmy od linijki, precyzyjnie, na raz wytyczoną szerokość 5 kratek od zeszytu – ja, siostra lub brat.

Zeszyt był diariuszem życia naszych kur. Dziennikiem pisanym ręką mojego dziadka. Z pozoru zawierał tylko jedną informację: ilość jaj. Prawdziwy miłośnik tych ksiąg potrafił jednak dalece głębiej zinterpretować stosy cyfr. Z łatwością wyczytałby stan liczebny kurnika, porę roku, dietę i wiek gdaczącego ptactwa, a nawet to, czy było ono zamknięte, czy może puszczone wolno na ogród. Nie ominęły mnie lekcje tych interpretacji, bo dziadek lubił patrzeć w ten zeszyt i tłumaczyć, kiedy kury znów zaczną nieść jaja.

Dane uzupełniał dziadek. Pod koniec każdego dnia pytał domowników, którzy mieli zezwolenie wybierać jaja w kurniku:
– Ile dziś zniesły kury jaj?
W zależności od podanej kwoty, komentował:
– Siedem! To ładnie.
Lub:
– Aby jedno jaje? Za mało zielonego dostają.

Właśnie „jaje”, tak mówił. Zapisywał więc 1, 7 lub jakąkolwiek inną cyfrę w danym dniu. Nigdy o tym nie zapominał, a moje kurtuazyjne pytanie „Dziadek, zapisałeś jaja?” miało tylko za zadanie wywołać odpowiedź „Tak. Chodź sam zobacz, czy dobrze”. I wtedy następowała długo wyczekiwana chwila. Mogłem wejść do pokoju w znajomą, gęstą, tak charakterystyczną woń. Zbierałem ją mimochodem z pościeli, fotelowej kapy, firan, obrusu, zasłon, dywanu, poduszek i ubrań. Zapamiętywałem każdego dnia, by zamknąć oczy teraz i czuć. Zapach mojego dziadka.

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz