Jestem graczem

Zaczęło się od Braci Mario, Contry, Tetrisa, Tanków i zestrzeliwania kaczek oraz westernowych opryszków pistoletem, którego działanie tłumaczyłem sobie na wiele sposobów łącznie z domniemaniem, że to naukowcy NASA opracowali to cudeńko. Mogę dokładnie wskazać datę – maj 1994. Piękne, beztroskie czasy.

Ja, pirat

Po Pegasusie przyszedł czas na komputer. To już rok 1998. Pierwsze gry to oczywiście piraty. Dlaczego? Ceny były zaporowe, by grać legalnie. Znałem niewiele osób, które nie łamały tak prawa. Quake, Duke Nukem 3D, Need for Speed 2 SE, Age of Empires, Dungeon Keeper, Championship Manager 3, SimCity 3000, Theme Hospital czy Ultimate Soccer Manager – to tylko niektóre tytuły wciągające mnie wtedy w swój wirtualny świat.

Ze wszystkich jedna była perełką – Diablo II. Do produkcji Blizzarda mam ogromny sentyment i nawet dziś lubię w niej dokonać mniejszych i większych rzezi.

Cho do kafejki!

Z nowym wiekiem przyszły czasy kafejek internetowych, gdzie królowały dwie gry: Quake III Arena i Unreal Tournament. Fragi, headshoty, quadrakille, armory, flagi w bazach i inne cuda podniecały bardziej, bo przeciwnikami były inne osoby, a nie sztuczna inteligencja. Chętnych do zabawy nie brakowało. Co więcej, odbywały się nawet turnieje z nagrodami.

Nie byliśmy jednak nerdami. Z kafejek wychodziliśmy kopać piłkę, jeździć na rowerze czy gadać z dziewczynami. Gry były tylko rozrywką na chwilę, godzinkę czy dwie.

Dziecko neostrady

Z internetem w domu zaczęło się granie w League of Legends, a później w Counterstrike: Global Offensive. Przy pierwszym tytule trzymało mnie spore grono znajomych z całej Europy, z którymi mogłem stworzyć drużynę, a przy drugim bardziej dojrzała społeczność skupiona wokół gry.

Tak po prawdzie nie potrafiłbym zliczyć, ilu gier spróbowałem i ile godzin namiętnie przeklikałem. Było tego dużo, bardzo dużo. Wiele produkcji wywołuje nadal mój uśmiech, bo świetnie się przy nich bawiłem. Nie wydaje mi się, by był to zmarnowany czas. Zawsze będę już twierdził, że nic mnie tak nie nauczyło angielskiego jak gry i rozmowy z innymi osobami w trakcie partyjek.

Będę grał w grę

Dziś nie mam już na taką rozrywkę czasu i tylko w minimalnym stopniu śledzę, jakie premiery miały miejsce. Czy do tego wrócę? Pewnie tak. W końcu kolejna część Diablo ma ujrzeć światło dzienne i ktoś będzie musiał po raz kolejny pokonać zło panoszące się po świecie.

Tego wpisu nie byłoby, gdyby nie pojawiła się wydana na telefony gra Deluxe Ski Jump 2. To ona uruchomiła lawinę wspomnień. Pamiętacie tę perełkę? Dzięki niej każdy mógł poczuć się jak Adam Małysz. Grało się i walczyło o kolejne rekordy skoczni zarówno solo jak i z kumplami. Piękne czasy!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Jak bym widział siebie, nawet tytuły bardzo podobne. Chociaż ja bardziej gry single player w domu, bo w kafejkach nie grałem za dużo, po prostu wolałem inaczej wydać kilka złoty, które kafejka kosztowała ;) Również teraz nie poświęcam grom tyle czasu co kiedyś, po prostu coś tam przeglądarkowego klikam obecnie. Ale czasem nachodzi mnie ochoty, by przypomnieć sobie jakąś fajną strategię :)

Dodaj komentarz