Cały czas

Wyobraźcie sobie gościa, który chce zostać pisarzem. Co powinien taki koleś zrobić? Napisać utwór, może opowiadanie, większą sprawę? Szkoda czasu! Lepiej ukraść czyjąś powieść!

Sztuka skradziona

Anderman stworzył ciekawą postać. Cwaniaka, permanentnego kombinatora, ludzką pijawkę, wyrachowanego skurwiela, który nieustannie lawiruje by być pisarzem. Co z tego, że nie ma ni krzty talentu! Co z tego, że poza kilkoma na szybko skleconymi utworami poezji konkretnej, inne utwory kradnie i opatruje swoim nazwiskiem! Co z tego, że wykorzystuje każdą kobietę, która ma potrzebne mu znajomości i dojścia! W końcu cel uświęca środki.

Przez to nie mogłem polubić A.Z. i chyba mało kto sprzyjałby mu. Cieszyłem się, gdy jego dobra passa dobiegła końca. Cieszyłem się, że zginie marnie, bo na nic lepszego nie zasłużył. To taki typowy antybohater, który inaczej każe myśleć o światku artystycznym PRLu i okresu transformacji. Janusz Anderman, choć całkiem zręcznie odmalowuje, to pozbawia patosu ten czas i to środowisko. Przypomina, że obok bohaterów i ich oprawców zawsze odnajdą się zwykli dorobkiewicze i szuje.

I w tym wszystkim tylko jedno zdanie głównego bohatera o tych skradzionych utworach zastanawia:

Ta powieść, te słuchowiska. To były dzieła sztuki i ja im pomogłem zaistnieć. Gdyby nie ja, nie byłoby po nich śladu. Pomogłem im, a one mi się odwdzięczyły, jak umiały. W jakiś sposób je stworzyłem; nie wystarczy napisać; dzieło jest stworzone dopiero wówczas, kiedy pójdzie między ludźmi.

Ma rację?

Wpisy o podobnej tematyce

Dodaj komentarz